Strona głównaO nasWdrożenia
Trzy sprawy opisane od środka
Poufność nie pozwala nam pokazać, dla kogo pracowaliśmy. Pozwala natomiast pokazać, jak pracujemy: co zastaliśmy, co z tym zrobiliśmy i co się dzięki temu zmieniło.
01
Grupa kapitałowa, usługi dla biznesu
Sześć spółek, sześć wersji prawdy o tych samych danych
Skala
około 1200 osób, sześć spółek
Czas
pięć miesięcy
Rola
audyt, potem stała obsługa
Punkt wyjścia
Grupa rosła przez przejęcia. Każda przejęta spółka wnosiła własną dokumentację, przygotowaną przez innego doradcę, w innym momencie i według innego pomysłu. Formalnie wszystko istniało. Zarząd poprosił o przegląd przed planowanym wejściem inwestora, spodziewając się kosmetyki.
Co znaleźliśmy
Dokumenty spółek przeczyły sobie nawzajem. Ten sam proces kadrowy, obsługiwany przez centrum usług wspólnych, w jednej spółce opisano jako powierzenie, w drugiej jako udostępnienie, w trzeciej nie opisano wcale. Umów powierzenia naliczyliśmy ponad trzysta, bez żadnego rejestru; część dotyczyła dostawców, z którymi grupa nie współpracowała od lat. Najpoważniejsze było jednak co innego: nikt nie potrafił wskazać, kto jest administratorem danych pracowników przechodzących między spółkami.
Co zrobiliśmy
Zaczęliśmy od mapy ról, nie od dokumentów. Dla każdego procesu wspólnego ustaliliśmy, kto decyduje o celach i środkach, a więc kto jest administratorem, gdzie występuje współadministrowanie i gdzie zwykłe powierzenie. Dopiero ta mapa pozwoliła napisać jeden rejestr czynności obejmujący całą grupę, z wyróżnieniem części właściwych dla poszczególnych spółek. Umowy powierzenia przeszły przegląd: część rozwiązano, część aneksowano, resztę zastąpiono jednym wzorem.
Co się zmieniło
Grupa ma jeden rejestr zamiast sześciu, wykaz dostawców zmniejszony o dwie piąte i porozumienie o współadministrowaniu tam, gdzie faktycznie ono występuje. Badanie due diligence przed wejściem inwestora nie wygenerowało ani jednego zastrzeżenia w obszarze danych osobowych. Prowadzimy tę grupę do dziś, a przegląd ról powtarzamy po każdym przejęciu, zanim dokumentacja zdąży się rozjechać.
02
Podmiot nadzorowany przez KNF
Migracja do chmury, o której dowiedzieliśmy się na trzy tygodnie przed terminem
Skala
dwa środowiska chmurowe, jeden dostawca spoza EOG
Czas
sześć tygodni
Rola
audyt chmury i przygotowanie zgłoszenia
Punkt wyjścia
Instytucja przenosiła kluczowy system do chmury publicznej. Projekt prowadził dział informatyki, umowa z dostawcą była już wynegocjowana, data uruchomienia ustalona. O komunikacie Komisji Nadzoru Finansowego z 23 stycznia 2020 roku wiedziano, ale potraktowano go jako formalność do odhaczenia po wdrożeniu.
Co znaleźliśmy
Nie przeprowadzono oceny istotności przetwarzania, a bez niej nie da się ustalić, czy w ogóle stosuje się tryb uproszczony, czy pełny. Umowa nie zawierała prawa do audytu ani planu wyjścia, więc instytucja nie miałaby jak odzyskać danych przy zakończeniu współpracy. Dostawca miał centrum danych w Europie, ale wsparcie techniczne świadczył z Azji, co oznaczało dostęp do danych spoza obszaru, o którym nikt nie pomyślał.
Co zrobiliśmy
Badanie prowadziliśmy według Cloud Controls Matrix, przypisując zabezpieczenia do obszarów kontrolnych i sprawdzając, które leżą po stronie dostawcy, a które po stronie klienta. Ta druga grupa okazała się większa, niż sądzono, i to ona zawierała wszystkie luki. Równolegle przygotowaliśmy ocenę istotności, klasyfikację informacji i plan wyjścia. Dostawcę udało się skłonić do aneksu obejmującego prawo do audytu i ograniczenie dostępu wsparcia do wskazanych regionów.
Co się zmieniło
Uruchomienie przesunięto o pięć tygodni. Instytucja weszła do chmury z kompletem dokumentacji wymaganej komunikatem, zgłoszeniem złożonym w terminie i planem wyjścia, którego wcześniej nie było. Warto odnotować rzecz mniej oczywistą: przegląd według macierzy ujawnił także trzy zabezpieczenia, za które klient płacił dostawcy podwójnie, mając je już we własnej infrastrukturze.
03
Firma usługowa, przetwarzanie danych klientów
Załącznik wysłany do niewłaściwej listy odbiorców
Skala
naruszenie obejmujące kilkaset osób
Czas
od zgłoszenia do decyzji: 31 godzin
Rola
obsługa naruszenia, potem zmiana procesu
Punkt wyjścia
Telefon w piątek po siedemnastej. Pracownik wysłał do grupy odbiorców wiadomość z załącznikiem przeznaczonym dla jednego klienta. Załącznik zawierał zestawienie z danymi identyfikacyjnymi i informacją o zadłużeniu. Wiadomość poszła do kilkudziesięciu adresów, a firma nie wiedziała jeszcze, do ilu dokładnie ani co dokładnie było w pliku.
Co znaleźliśmy
Pierwsza godzina poszła na ustalenie faktów, nie na pisanie zgłoszenia. Okazało się, że lista odbiorców pochodziła z innego procesu i obejmowała także osoby, które nie były już klientami. Zestawienie zawierało dane o zadłużeniu, a więc informacje o sytuacji majątkowej, których ujawnienie realnie może zaszkodzić. Nie było natomiast danych szczególnych kategorii, co miało znaczenie dla oceny ryzyka. Odruch części zespołu, żeby próbować wycofać wiadomość i skasować ślady, udało się powstrzymać, i to była najważniejsza decyzja tego wieczoru.
Co zrobiliśmy
Ocena ryzyka według skali skutków i prawdopodobieństwa, udokumentowana tego samego wieczoru. Zgłoszenie do organu złożone z zapasem, a nie na styk siedemdziesięciu dwóch godzin. Zawiadomienie osób, których dane ujawniono, wysłane w poniedziałek rano, wraz z konkretną informacją, co się stało i co zrobić. Do odbiorców, którzy dostali wiadomość omyłkowo, poszła prośba o usunięcie z pouczeniem o skutkach dalszego rozpowszechniania.
Co się zmieniło
Organ nie wszczął postępowania. W ocenie zespołu przeważyły trzy rzeczy: udokumentowana ocena ryzyka sporządzona przed zgłoszeniem, zawiadomienie osób bez zwłoki i to, że firma nie próbowała ukryć zdarzenia. Osobno przepracowaliśmy przyczynę, bo naruszenie nie wzięło się z nieuwagi jednej osoby: proces pozwalał pobrać listę odbiorców z dowolnego źródła bez potwierdzenia. Dziś wysyłka zbiorcza z załącznikiem wymaga drugiej pary oczu, a listy odbiorców są związane z procesem, z którego pochodzą.
Co łączy te trzy sprawy
Dokumentacja nie była problemem
W każdym z tych przypadków papiery istniały. Problem leżał w tym, że opisywały organizację, której już nie było, albo procesy, których nikt nie prowadził w opisany sposób.
Pierwszą godzinę poświęcamy na fakty
Zanim powstanie jakikolwiek dokument, ustalamy stan rzeczywisty. Ocena ryzyka oparta na wyobrażeniu o organizacji jest gorsza niż jej brak, bo daje fałszywe poczucie bezpieczeństwa.
Przyczyna jest zwykle w procesie
Rzadko winna jest jedna osoba. Znacznie częściej proces pozwalał zrobić rzecz, której nie powinien pozwalać. Naprawianie ludzi zamiast procesów kończy się powtórką.
Mają Państwo podobną sprawę?
Pierwsza rozmowa jest bezpłatna i niezobowiązująca.


